Na scenie
Polonijnego Centrum Kultury JPII w Mississauga
(19
marca 2006)
"Amatorzy" z Centrum
Kiedy zaprzęgnięci w codzienny kierat emigracyjnego życia
znajdziemy parę chwil dla siebie, to pierwsza myśl jest
następująca: chcę odpocząć, odprężyć się, zrelaksować i...
włączmy telewizor. Myślę, że nie jestem zbyt daleki w swych
wyobrażeniach o sposobie spędzania wolnego czasu przez moich
rodaków, dlatego prawdziwym szokiem było dla mnie odkrycie grupy
entuzjastów, która swój wolny czas wypełnia próbami i występami
na teatralnej scenie. Prawie trzydziestu członków Grupy
Teatralnej przy Centrum Kultury im. Jana Pawła II pod wodzą
Krzysztofa Jaworskiego przedstawiło w ubiegłą niedzielę sztukę
żyjącego w latach 1874-1945 krakowskiego aktora i reżysera
Stefana Turskiego pt. "Krowoderskie zuchy".
Prawdziwi amatorzy Grupy Teatralnej (tylko kierownik trupy jest
z zawodu aktorem) stworzyli na deskach Polonijnego Centrum
Kultury (PCK) prawdziwy teatr. W odróżnieniu od importowanych
sztuk z Polski, gdzie mizerna scenografia każe lewitować widzom
w wyobraźnię, aby wykreować sceniczny świat, wodewil w reżyserii
Krzysztofa Jaworskiego nasycony był teatralnymi rekwizytami,
które łatwiej pozwoliły nam przenieść się do czasów, gdy
krakowscy murarze nadawali ton kulturalnemu życiu Grodowi Kraka.
To właśnie oni, bezrobotni zimą (teraz każdy polonijny
kontraktor wie, jak zabezpieczyć miejsce pracy, gdy temperatura
spadnie poniżej zera) zarabiali na życie chodzeniem z szopką i
śpiewaniem po mieszczańskich domach.
Trącąca już teraz myszką sztuka Turskiego (pamiętajmy, że
powstała ona przed I wojną) nadal świetnie oddaje krakowski
folklor tamtej epoki. Nie tylko folklor, w przystępny sposób
przedstawia też poważne problemy, które znamy chociażby ze
świetnej sztuki Gabrieli Zapolskiej "Moralność pani Dulskiej".
Perypetie pięciu braci Gzymsików posłużyły pisarzowi do
potraktowania z przymrużeniem oka przywar robociarskiej rodziny,
która jednak stara się choć część swoich co bardziej zdolnych
członków wyedukować i "zrobić z nich ludzi". Dorosłe dzieci
krakowskiej przekupki handlującej jajami i nie stroniącej od
butelki głowy rodziny trzymają się razem, "bo w kupie siła", a
gdy najmłodszy z braci chce zostać profesorem i ożenić się z
córką radcy, to w swej niesforności czwórka urwipołciów pomaga
mu w realizacji marzeń.
Lekkość, z jaką Turski przedstawia poważne społeczne problemy,
podchwycił reżyser niedzielnego przedstawienia - Krzysztof
Jaworski. Jest to znana w naszym polonijnym środowisku persona.
Założyciel kabaretu "Pod Bańką", w 1996 roku zrezygnował z jego
prowadzenia. Teraz pasją jest prowadzenie amatorskiego teatru.
Osobisty urok, teatralny kunszt i bogaty dorobek sceniczny
pozwoliły mu skrzyknąć sporą grupę miłośników Melpomeny.
Członkowie Grupy Teatralnej bawią się w teatr, ale traktują swą
działalność całkiem poważnie, dlatego efekt końcowy zachwyca -
po prostu trudno uwierzyć, że osoby grające w sztuce nie są
zawodowymi tancerzami, śpiewakami czy aktorami. Forma wodewilu
pozwala na ujawnienie wszystkich walorów członków Grupy,
unaocznia też słabsze strony, ale tych naprawdę jest niewiele...
Aktorzy grają za darmo, co prawda bilety wstępu mają swą cenę,
ale dochód z ostatniego przedstawienia przeznaczony był na
budowę kościoła i centrum polonijnego w Brampton. Za ten gest
bardzo dziękował o. Adam Filas - proboszcz parafii, który
zapewnił trupę, że będzie miała w Brampton swą scenę.
Żal, że Polonia nie bardzo docenia trud, pasję i poświęcenie
członków Grupy Teatralnej i jej kierownika Krzysztofa
Jaworskiego. Na niedzielnym przedstawieniu naliczyłem zaledwie
150 osób na widowni. Ale ci, co przyszli, nie żałowali - tak
dobrze bawiących się ludzi dawno nie widziałem. Zachęcam więc do
śledzenia polonijnych inicjatyw i czynnego popierania tych,
które podkreślają nasz kulturowy dorobek. Choćby po to, by w
epoce wielokulturowego tygla nasz polski ryt miał w życiu
kulturalnym Kanady także swój należny mu udział.
"Goniec" dziękuje organizatorom przedstawienia za zaproszenie.